Teraz: dochodzę do siebie po ‘Avatarze’...
Przedtem: standardowa sobota. Po nagrzeszeniu w nocy, całkiem anielski poranek. Szybkie śniadanie i próby wyjścia z łóżka. Ciężka sprawa. Ustalanie planów dnia pod kołdrą, a potem ‘No to się zbieramy’ i tyle po nas. Szkoda tylko, że zamiast Ikei wybrałam Agatę, która jak się okazało - była czynna do 15. A ja sprawdziłam w necie dokładnie o 15:24.
Długa lista zakupów, priorytetowych. Ciężko żyć bez nowych kolczyków gwiazdkowych, bez podkładu, czy tam innych maseczek. No i założyłam, że kupię jakąś bluzeczkę z długim rękawkiem, ładnie wykończonym, w zajebistym kolorze, z dekoltem w łódkę, bo w końcu 2 tygodnie temu je wypatrzyłam i łudziłam się, że jeszcze będą. Cóż. Mam nauczkę. Kupować od razu, nie czekać. No i nie wyzerowywać konta.
A ‘Avatar’? Nie lubię filmów sci-fi. Wyjątek stanowią ‘Gwiezdne wojny’, szczególnie te stare, ale to pewnie wina/zasługa młodego Harrisona. Nie kręci mnie to. Nie czytam też takich książek. Chyba mam zbyt ubogą wyobraźnię. Potrafię wyobrazić sobie siebie jako królową Wielkiej Brytanii, albo siebie jako prawą rękę Jobsa, ale ciężko przychodzi mi wyobrażenie sobie czegoś fantastycznego w książce. Tyle o mojej nie-chęci do fantasy, sci-fi, łotewa, bo ponoć się to czymś różni. Ale namówiona, w sumie zachęcona dobrymi recenzjami, z których jasno wynika - film jest cienki fabułowo, przewidywalny do bólu, przydługi, ale jest jednym z tych, które trzeba zobaczyć, bo stanowi jakiś tam krok w historii. Pojechaliśmy. Bohater na pierwszy rzut oka - całkiem fajny. Całkiem mrau. I nawet po 90 minutach poszturchałam namawiacza, że film jest piękny, bo rzeczywiście - fe kolory, te efekty. Po grzybach, nawet po czeskim haszu nie ma się takich wizji. Ale wkurwiały mnie spadające z nosa okulary, mój kręgosłup zaczął odmawiać posłuszeństwa, a dupa, mówiąc prosto - zaczęła boleć. A tu jeszcze co najmniej godzina. I dopadło mnie coś, co zwykle pojawia się po 4-5 godzinach jeżdżenia samochodem, po prawej stronie. Zaczęłam ziewać, oczy zaczęły łzawić. Potem zimny pot i dreszcze, wymieszane z duchotą i wyżymaniem żołądka. Choroba lokomocyjna w kinie. Ale to oczywiste. Choroba lokomocyjna polega na tym, że mózg odczytuje ruch, a ciało stoi w miejscu, więc coś zaczyna się pierdolić. Finałowe sceny, bitwa i napierdalanie w Amerykańców, a ja zastanawiałam się, czy jakby co - uda mi się spawiować przez rurkę do kubka po coli.
Niemniej: film dobry. Bardzo. Film piękny. Bardzo. Smerfy piękne. Bardzo.
I kawałek historii Stanów, które lubią najeżdżać, wojować i robić z innych państw/ziem/ludzi marmeladę.
Polecam, Papi.
PS. Osobom, które mają tendencje do choroby lokomo, zalecam spożycie Lokomotivu, względnie Aviomarinu, albo siedzenie na gazecie, żując korzeń imbiru, z zaklejonym pępkiem.
niedziela, 7 lutego 2010 roku

