Taaa, całkiem bezboleśnie wprowadziłam się w kolejny tydzień. Kolejny miesiąc. Kolejny poniedziałek. To chyba zasługa tego całkiem rozkosznego poranka. Bezboleśnie...
I co z tego, że piętro niżej ciągle trwa napierdalanie wiertarami. Jak to się skończy, to chyba wręcz zacznie mi tego brakować! Ja nawet pisać pracę umiem, gdy dom cały się kołysze. Cóż, do matury przygotowywałam się w podobnych warunkach.
I co z tego, że dziś w pracy miałam caaaałą bandę, wszyscy do mnie mówili w tym samym czasie.
I co z tego, że mam CAŁE ferie wypełnione pracą, zajęcia zaplanowane do marca, a jeszcze do tego jutro czeka mnie spotkanie z Szanownym Panem Dyrektorem szkoły.
Mam jakiś cielęcy zachwyt, euforyczne zachowania, jakby wymieszać zakochanie z naćpaniem się.
I wiem czemu, ale nie powiem.
Zaczynam prace nad nowym scenariuszem, o prawach dziecka. Do wystawienia na dzień dziecka. I pojechałam do Pati, żeby ją odstresować.
A przy kluczykach naprawdę, nie bez powodu dynda diabełek ;-)
poniedziałek, 1 lutego 2010 roku

