Piątek, czyli:
a) przeżyć kilka godzin w domu, nie nudząc się, tylko porządkując pokój, odkurzając i ścieląc łóżko,
b) zrobić dobry obiad,
c) wyjechać wcześniej z pracy, żeby być przed kierowniczką, czyli nie utracić zaszczytnego tytułu ‘Pracownik miesiąca’,
d) porobić coś z dzieciakami, nie dać sobie wejść na głowę, wypełnić papierki i nie utopić się w nich,
e) zabrać drób ten młodszy i ten starszy na salę, celem pogrania w siatkówkę i inne gry zespołowe,
f) nie pozwolić by kopali w piłki nie-do-nożnej, klnęli, bili się, połamali tudzież poniszczyli swoje członki, czy tam inne ręce,
g) umyć salę, uporządkować wszystko,
h) pojechać do domu i cieszyć się weekendem,
i) grzeszyć.
Punktu a nie zrealizowałam wcale. Za to grałyśmy z Mamą w karty, ciągle dostaję po dupie od niej. Punkt b nie wyszedł. Ale to pewnie temu, że Matula gotowała na szybko, bez pomysłu i ochoty, i w sumie zjadliwe było, ale szału bez. A gdybym wyjechała 5 minut prędzej, to zrealizowałabym punkt c. Utopiłam się w papierkach, dałam sobie wejść na głowę - czyli d - do dupy. Punkt e - zrealizowany. Punkt f - prawie. Kopali do nie tych piłek i kilka kurew poleciało. Członki całe. G też zaliczony. H rozszerzony o romansowanie w Cieszynie.
A punkt ostatni - to się jeszcze okaże.
piątek, 5 lutego 2010 roku

