Stwierdziłam dziś, że muszę się z dniem za bary wziąć. Po prostu, ot tak.Kiedy już udało mi się wyjść z łóżka to stwierdziłam, co oznacza, że byłam całkiem przytomna i myślałam racjonalnie. Chociaż?
Jogurt naturalny+płatki+banan. Orgazmistycznie zajebiste śniadanie. Stawiające na nogi, pobudzające, sprawiające, że chce się żyć od rana.
Popracowałam jeszcze trochę nad pracą dodatkową, z klejem i nożyczkami, uważając, żeby nie odciąć palców na gilotynie. I klej mi się skończył akurat przed obiadem. A kiedy dostaję już polecenie ‘Zjeść obiad’, to oznacza, że czas zbierać się do pracy.
Całą drogę zastanawiałam się, jak dziś będzie. Ilu będzie. Co będą chcieć robić. I czy zwariuję od razu, czy za chwilę. W połowie stwierdziłam, że w związku z tym, że przez ferie miałam bardziej pustki, to będziemy teraz nadrabiać. Rozgrywki w piłkarzyki okazały się strzałem w dychę. Potem oglądałam z drobiem zdjęcia w necie (zresztą, głównie moje!), pogadaliśmy, ja zatemperowałam kredki, ale po 30 mi się odechciało. Uśmialiśmy się strasznie. Stęskniłam się za tą moją szarańczą.
Nadgodziny. Czyli prędzej do domu. Do świetlicy nr 2. Tam robiłam Mamie kurs obsługi worda i wysyłania załączników. Matkę mam zdolną. Spisała wszystko sobie na karteczce, którą zgubi pewnie za 2-3 dni, a potem będzie wydzwaniać. I poradziła sobie.
Potem szybki trip do ściany uciech/płaczu.
W domu dopisałam kilka zdań.
I demotywuje mnie ten jutrzejszy wykład. To czekanie na dziwkanat, załatwianie pierdół. Jeszcze powinnam iść po książki do biblioteki, ale psychicznie tego nie wytrzymam.
komentarze (0) · fotografie (0)
wtorek, 2 marca 2010 roku
komentarze (0) · fotografie (0)
A do tego pierwszy dzień miesiąca i ta świadomość, że trzeba cały przeżyć, przepracować, przekombinować.
Dodając do tego słowo-klucz z dziś, a mianowicie: chujność nad chujnościami i wszystko chujność, otrzymujemy wynik: mój dzień.
Stresująca się przez połowę nocy, bo sen był o obronie pracy magisterskiej, obudzona za pomocą wiertary (ale kuchnia na dole prawie gotowa, brakuje podłogi no i mebli), wykopana z łóżka.
Chciała wydrukować materiały na studia - ujrzała brak tuszu.
Chciała wysłać smsa - ujrzała 0,00 na koncie.
I mrugnęła trzy razy, bo tyle trwał jej dzień, i zrobiła się 11:40, czyli czas wyjechać z domu.
Zebranie. Zlot czarownic. Na dodatek w wolny dzień, co zalatuje patologią. Dzielnie broniła swojej pierwszej zmiany na Nocy Andersena, narażając się na zabijanie wzrokiem. Pochwalona za pełną dokumentację. A potem dziwnie się poczuła, bo miała wrażenie, że ogólniki dotyczą jej. I musiała znowu asertywnie odezwać się.
Filmy oddała do wywołania, zastanawiając się ile ją to będzie kosztować. I czemu tak dużo.
Na studia obrała kierunek. Wjechawszy w jakieś dziadostwo, rozłożone na całej drodze, po 100 metrach zorientowała się, że ciągnie to coś za sobą. Na 2gim rondzie wyskoczyła jak gazela z korsiaka, wyrwała kurestwo i zostawiła na środku drogi. Zbrudziła ręce.
Na uczelnianym parkingu wcisła się pomiędzy uno a clio.
A irytacja spadła dość wcześnie. Zaskakujące? NIE! Na całe szczęście, zajęcia minęły jej dość szybko. I znowu ta pierdolona praca w grupach. Powątpiewając w inteligencję wykładowców, którzy cenią pracę po zajęciach, w grupach i system plusikowy, echnęła. To tak trudno zrozumieć, że różni ludzie mają w różnym czasie wolne? Że są tacy, którzy mają wolne weekendy, a inni mają je właśnie zajęte? I tacy, którzy są cały czas zajęci? To takie trudne, żeby zrobić to, co zrobić trzeba na zajęciach?
Odzyskała notatki, rozsiane po uczelni i dyktafon.
Wybrała gotówkę.
Zatankowała na samoobsługowej stacji, rozdziewiczając się tym sposobem, bo jeszcze okazji do samodzielnego tankowania, bez ogonów nie miała. Podobnież jak rozmowa z kasossaczką, na stacji o nazwie producenta płatków kukurydzianych.
Walczyła z wiatrem.
I marzy o bramie na pilota.
Wrobiona, przekupiona - ma dodatkową pracę na najbliższe kilka wieczorów. Arteterapia za pomocą mazaków i kredek, kleju i nożyczków.
Odkładająca pisanie pracy na następny dzień. I tak od ponad roku.
Pisząca w dziwnej osobie, tak jakby opisywała coś. A nie siebie.
Dodając do tego słowo-klucz z dziś, a mianowicie: chujność nad chujnościami i wszystko chujność, otrzymujemy wynik: mój dzień.
Stresująca się przez połowę nocy, bo sen był o obronie pracy magisterskiej, obudzona za pomocą wiertary (ale kuchnia na dole prawie gotowa, brakuje podłogi no i mebli), wykopana z łóżka.
Chciała wydrukować materiały na studia - ujrzała brak tuszu.
Chciała wysłać smsa - ujrzała 0,00 na koncie.
I mrugnęła trzy razy, bo tyle trwał jej dzień, i zrobiła się 11:40, czyli czas wyjechać z domu.
Zebranie. Zlot czarownic. Na dodatek w wolny dzień, co zalatuje patologią. Dzielnie broniła swojej pierwszej zmiany na Nocy Andersena, narażając się na zabijanie wzrokiem. Pochwalona za pełną dokumentację. A potem dziwnie się poczuła, bo miała wrażenie, że ogólniki dotyczą jej. I musiała znowu asertywnie odezwać się.
Filmy oddała do wywołania, zastanawiając się ile ją to będzie kosztować. I czemu tak dużo.
Na studia obrała kierunek. Wjechawszy w jakieś dziadostwo, rozłożone na całej drodze, po 100 metrach zorientowała się, że ciągnie to coś za sobą. Na 2gim rondzie wyskoczyła jak gazela z korsiaka, wyrwała kurestwo i zostawiła na środku drogi. Zbrudziła ręce.
Na uczelnianym parkingu wcisła się pomiędzy uno a clio.
A irytacja spadła dość wcześnie. Zaskakujące? NIE! Na całe szczęście, zajęcia minęły jej dość szybko. I znowu ta pierdolona praca w grupach. Powątpiewając w inteligencję wykładowców, którzy cenią pracę po zajęciach, w grupach i system plusikowy, echnęła. To tak trudno zrozumieć, że różni ludzie mają w różnym czasie wolne? Że są tacy, którzy mają wolne weekendy, a inni mają je właśnie zajęte? I tacy, którzy są cały czas zajęci? To takie trudne, żeby zrobić to, co zrobić trzeba na zajęciach?
Odzyskała notatki, rozsiane po uczelni i dyktafon.
Wybrała gotówkę.
Zatankowała na samoobsługowej stacji, rozdziewiczając się tym sposobem, bo jeszcze okazji do samodzielnego tankowania, bez ogonów nie miała. Podobnież jak rozmowa z kasossaczką, na stacji o nazwie producenta płatków kukurydzianych.
Walczyła z wiatrem.
I marzy o bramie na pilota.
Wrobiona, przekupiona - ma dodatkową pracę na najbliższe kilka wieczorów. Arteterapia za pomocą mazaków i kredek, kleju i nożyczków.
Odkładająca pisanie pracy na następny dzień. I tak od ponad roku.
Pisząca w dziwnej osobie, tak jakby opisywała coś. A nie siebie.
poniedziałek, 1 marca 2010 roku
komentarze (3) · fotografie (0)
Wczorajsza ‘Kołysanka’ rozbudziła we mnie jakieś mieszane uczucia. Jeśli chodzi o wampiry, to dla mnie tylko ‘Wywiad z wampirem’ i ‘Od zmierzchu do świtu’ rządzą, potem może saga z wampirami i wilkami S. Meyer, pod warunkiem jednak, że wilk popierdala bez koszulki i długich włosów. ‘Kołysanka’ to film rodzinny. Nie jest straszny, nie ma przekleństw, nie ma też zbyt wielu żartów i jajów, a ja ciągle tęsknię za Machulskim z czasów ‘Kilera’. Ale klimacik zachowany, wampirki blade, z podkrążonymi oczami, co z kolei sprawia, że ja się też zastanawiam, czy nie należę do tego gatunku. Nie ma szału. Towarzyszowi się podobało, ale on dziwny jest.
Przyjechaliśmy, wyszłam z samochodu i przeraziło mnie jak jest jasno. Pełnia. Księżyc w zasięgu ręki. BOSKO!!!
Wyszło tak:

I wyspałam się strasznie. Do bólu. Przeczytałam dwie książki do magisterki, które przerobiłam na kolejne 2 strony mojej pracy. Ten rozdział ma już jakąś kosmiczną liczbę stron i ciągle rośnie.
No i znalazłam na allegro suknię, taką cudowną, zwiewną kolorową. A, że w tym roku wakacje z piaskiem i morzem będą, więc kuszona jestem i uwodzona.
Przyjechaliśmy, wyszłam z samochodu i przeraziło mnie jak jest jasno. Pełnia. Księżyc w zasięgu ręki. BOSKO!!!
Wyszło tak:

I wyspałam się strasznie. Do bólu. Przeczytałam dwie książki do magisterki, które przerobiłam na kolejne 2 strony mojej pracy. Ten rozdział ma już jakąś kosmiczną liczbę stron i ciągle rośnie.
No i znalazłam na allegro suknię, taką cudowną, zwiewną kolorową. A, że w tym roku wakacje z piaskiem i morzem będą, więc kuszona jestem i uwodzona.
niedziela, 28 lutego 2010 roku
komentarze (0) · fotografie (0)
...a jednak nie potrzebuję wiele do pełni szczęścia.
I chrapie. Nie ma to jeszcze potwierdzenia naukowego, tudzież w postaci jakiegoś nagrania, ale ponoć chrapię, przy jednoczesnym strasznie czułym śnie.
I chrapie. Nie ma to jeszcze potwierdzenia naukowego, tudzież w postaci jakiegoś nagrania, ale ponoć chrapię, przy jednoczesnym strasznie czułym śnie.
sobota, 27 lutego 2010 roku
komentarze (0) · fotografie (0)
Rano wstać z łóżka nie umiałam. I nie, nie trwało to 3 godzin, bo zaledwie 5 minut, ale i tak czułam, że to będzie ciężki, długi i męczący dzień. I nie wiem jak to się dzieje, ale jak mam gdzieś jechać rano, to zawsze, ale to zawsze łapie jakąś mułę i koniec końców - spóźniam się. Miałam wyjechać o 8:40, wyjechałam o 8:50. Miałam być na 9 w pracy, byłam po 9, bo jeszcze nie daj, ktoś z pracy to przeczyta. Jeszcze jakieś problemy z kluczami były. No w każdym razie, dniówka zaczęła się dziko.
Patryczek wybłagał na mnie, żebym pomogła mu z historią. Wyjaśnianie pojęć z okresu starożytnego Rzymu. Większość znałam, ale nie wszystko. Ci władcy zawsze mi się pierdolili, podobnie jak urzędnicy. I miał pytanie o to kim był Jezus Chrystus. Więc powiedziałam mu, że bohaterem zajebistego mjuzikalu. Zanotował. Powiedział, że musi porobić zjeby.
Z Ewą wybrałyśmy zdjęcia. Miałam dokończyć scenariusz, bo od marca niby powinnam zacząć próby z dzieciakami w dwóch świetlicach. Nie wyszło. Nie wiem, może coś w niedziele umęczę, aczkolwiek wolę prace pracowe wolę robić w pracy, a nie w domu. W domu powinnam pisać mgrkę. I dziś nawet się udało. Ciężka robota, 3 godziny, 2 strony, ale to co dziś robiłam, to była po prostu masakra. Wciskałam do pracy po 2-3 zdania z różnych publikacji, żeby wzbogacić trochę literaturę. Ba, nawet Nowy Testament miałam! Moja promotorka padnie jak to zobaczy, ale ciii... I takie dziubdzianie, czytanie czy ma to sens, grzebanie w książkach, czasopismach żeby znaleźć kilka mądrych zdań. Bo oni ciągle mielą to samo. Do tego Padre kurwujący na krzywe ściany, jakby to je miało wyprostować, ciągle mnie wywoływał.
Żeby zrobić coś pożytecznego, bo Mama dziś poodkurzała za mnie, stwierdziłam, że coś upiekę. Zrobiłam mini-keksiki, z rodzynkami i ananasem, i całą masą innych bakalii na kształt muffinków, normalnie, w papilotkach. Do tego ciasteczka, uwielbiane przez moją Rodzicielkę, które już prawie wychodzą mi okrągłe.
Wypucowałam szafki z niezbędnych produktów, począwszy od mąk i cukrów, na czekoladach skończywszy. Teraz w domu pachnie cudownie, wanilią i migdałami, czekoladą i bakaliami.
PS z dupy: Jestem naprawdę dumna z tego, że moje zdjęcia nie są zmasakrowane z PSie albo innym Gimpie. I mam zamiar o tym mówić, a ludzie niech się dziwią.
I doczekałam się w końcu...
We're just two lost souls swimming in a fish bowl year after year...
Patryczek wybłagał na mnie, żebym pomogła mu z historią. Wyjaśnianie pojęć z okresu starożytnego Rzymu. Większość znałam, ale nie wszystko. Ci władcy zawsze mi się pierdolili, podobnie jak urzędnicy. I miał pytanie o to kim był Jezus Chrystus. Więc powiedziałam mu, że bohaterem zajebistego mjuzikalu. Zanotował. Powiedział, że musi porobić zjeby.
Z Ewą wybrałyśmy zdjęcia. Miałam dokończyć scenariusz, bo od marca niby powinnam zacząć próby z dzieciakami w dwóch świetlicach. Nie wyszło. Nie wiem, może coś w niedziele umęczę, aczkolwiek wolę prace pracowe wolę robić w pracy, a nie w domu. W domu powinnam pisać mgrkę. I dziś nawet się udało. Ciężka robota, 3 godziny, 2 strony, ale to co dziś robiłam, to była po prostu masakra. Wciskałam do pracy po 2-3 zdania z różnych publikacji, żeby wzbogacić trochę literaturę. Ba, nawet Nowy Testament miałam! Moja promotorka padnie jak to zobaczy, ale ciii... I takie dziubdzianie, czytanie czy ma to sens, grzebanie w książkach, czasopismach żeby znaleźć kilka mądrych zdań. Bo oni ciągle mielą to samo. Do tego Padre kurwujący na krzywe ściany, jakby to je miało wyprostować, ciągle mnie wywoływał.
Żeby zrobić coś pożytecznego, bo Mama dziś poodkurzała za mnie, stwierdziłam, że coś upiekę. Zrobiłam mini-keksiki, z rodzynkami i ananasem, i całą masą innych bakalii na kształt muffinków, normalnie, w papilotkach. Do tego ciasteczka, uwielbiane przez moją Rodzicielkę, które już prawie wychodzą mi okrągłe.
Wypucowałam szafki z niezbędnych produktów, począwszy od mąk i cukrów, na czekoladach skończywszy. Teraz w domu pachnie cudownie, wanilią i migdałami, czekoladą i bakaliami.
PS z dupy: Jestem naprawdę dumna z tego, że moje zdjęcia nie są zmasakrowane z PSie albo innym Gimpie. I mam zamiar o tym mówić, a ludzie niech się dziwią.
I doczekałam się w końcu...
We're just two lost souls swimming in a fish bowl year after year...
piątek, 26 lutego 2010 roku

