Bo ja proszę Państwa w wakacje to o 9 jeszcze śpię. Skoro kładę na poduszce głowę i oddaję się w ramiona Morfeusza w okolicach 3, to po 6 godzinach jestem tak średnio przytomna. I śniło mi się, że ja chcę spać, a ktoś mi ciągle na komórkę wydzwania. W końcu jakiś impuls – obudziłam się, a na wyświetlaczu kilka nieodebranych połączeń. Było minęło, widocznie nic ważnego... Nie zdążyłam zamknąć oczu i znowu. Patrzę – Adam. Pomyślałam, że pewnie będzie chciał się umówić na jazdy kiedyś-tam. Kiedyś-tam... Ktoś dziś zaniemógł i on miał 2 godzinne okienko, i zupełnie przypadkiem był akurat w Zbytkowie. W sumie – na początku próbowałam się wykręcić, bo jakaś niedospana, pitoma, ze snem na powiekach ciągle byłam. Ale w końcu padło na „OK, będę się spieszyć”. I w 30 minut ogarnęłam się.
Kierunek: Jastrzębie. Szkoda, że nie Puntoczentem Grande, bo to dzisiejsze Kupoczento ma zepsute sprzęgło i nie odbija po wciśnięciu. Na całe szczęście – bezproblemowo poszło. Adam tylko raz zbladł, kiedy o mało co mi się smyrnęło w rowerzystę przy wyprzedzaniu. Ach te lusterka ;-) To wszystko przez RS6 za mną. A poza tym – chwalić się nie będę, aż tak. Wyjątkowo! Ale jest naprawdę zajebiście. Cieszy mnie każda godzina za kółkiem i już naprawdę nie mogę się doczekać, żeby w moim portfelu zamieszkał kawałek plastiku z dwoma zdjęciami. Aaa!!!
Psyt – piąty bieg uruchomiony.
Psyt – baaardzo szybkie popierdalanko było!
Psyt – zimny łokieć też był!
Poniedziałek – następne 2 godzinki. Juuuhu!
A poza tym: Queen!
I nocne pstrykanie, z którego jestem naprawdę zadowolona. I macro znowu zaczęło działać. Bo już miałam przed oczyma, że się zepsuło, a tak naprawdę, to coś się rozregulowało. Dobra, działa – to najważniejsze.
W Nocie nie pozwalają mi siedzieć z przodu, bo ich wkurwiam przez znaki i przepisy, które poznaję. I klimą sie bawię za bardzo. Więc z tyłu spoglądam na świat, a że tam są przyciemniane szyby, to czuje się jak Whitney Houston albo jakiś prezydent.