Przygotowania do wesela wychodziły mi wręcz tragicznie. Wstałam jakoś zbyt wcześnie, więc położyłam się na pięć minut, co nie było dobrym pomysłem, bo po chwili obudziłam się z pikawą, że za późno wstała, co z kolei sprawiło, że zaczęło mnie boleć pod kopułą.
Na godzinę przed planowanym wyjazdem zabrałam się za mejkower. Makijaż, włosy, ciuchy - tadam. No ale tak łatwo nie poszło. Makijaż. Wymyśliłam go sobie już jakiś czas temu, poćwiczyłam - wychodziło cudownie. A dziś? Porażka. Chociaż, chyba wiem dlaczego. Po prostu słońce świeciło mi w oczy i wyszedł jakiś szit. Tak czy owak, makijaż miał dwa podejścia. A jeszcze po drodze Mamuta chciała, żeby ją na bóstwo zrobić. Kit szpachlowy, żyłka wędkarska, pistolet tapicerski i jazda. Ukształtowanie włosów w moim wypadku to przechylenie głowy, nałożenie pianki na dłoń i wgniecenie jej we włosy, i to o dziwo udało się bez zarzutu. Ciuchy w drodze kompromisu wybrane. Nie chciałam wyglądać jak ksero własnej matki, bo ona na pewno by chciała skopiować mnie. Kolczyki w uszy, aparat do torby i jestem gotowa.
Niestety, standardowo nasza domowa primabalerina - Padre - musiał się ogarnąć i tym sposobem zaliczyliśmy 20 minutowe opóźnienie.
Jakimś lasem pełnym dziur i kurew jechaliśmy długo, długo. Potem pojawiła się jakaś cywilizacja. Czerwionka-Leszczyny, Urząd Stanu Cywilnego. Jest Jola! Dojechaliśmy. Wyjście z samochodu wychłodzonego klimą na taką patelnię to było przeżycie traumatyczne. Auto w sumie duże, więc może cały ten ślub zrobimy w nissanie? No niestety, nie przeszło.
Za to pojawiła się Królowa Nocy, czyli teściowa. Mama Pana Młodego w sensie, prezeska, kierownik, matka-dyrektor. Zaczęła przedstawiać każdego każdemu. Podchodzi do moich Wapniaków: ‘To koleżanka Joli z pracy z mężem’. Podchodzi do mnie i mojego ogona: ‘To koleżanka Joli z pracy z mężem’. Nie pozostało nic innego, jak puścić LOLa i ROTFLem popchać. Jednoczesne parsknięcie śmiechem.
Klaustrofobicznie mała sala. Na zadane pytania zgodnie odpowiadali ‘Tak’. Potem restauracja, śląski obiad, a my jak najbliżsi członkowie rodziny przy stole vipów. Ja zaraz obok starosty, Jaśka. Widać ‘sztuczna’ rodzina czasami jest lepsza, niż ta prawdziwa. Poza tym - trio: Mamut, Jola, ja, to siła sióstr. Więc tak sobie myślę, że miejsce bardzo zacne.
Dobra ta rolada była, szkoda tylko, że po 5 minutach miałam ją na lewym cycku. Na szczęście zabrałam bluzkę na zmianę. ‘A powjym ci, że mosz ją lepszom, bo w kuńcu jakiś młody dekolt się pojawił’.
Pstrykałam wściekle, porwałam Młodych na plenerek. Generalnie całkiem sympatycznie było, pomijając orkiestrę, która składała się z pani, lat 9813, z pana, lat 3174 i z kibordu.
I cycki sztuczne, za 20 tysięcy widziałam.
I znowu lasem, tym razem bez kurew - do domu, wszak jutro zwarta i gotowa od 10 na stanowisku instruktora kulturalnego.
Mam nadzieję, że uda im się zbudować absolutne szczęście.
Ale nadal uważam, że to zbędna głupotka jest. Bo ze mnie taki bebok konkubinatowy :D
komentarze (0) · fotografie (0)
wtorek, 30 czerwca 2009 roku
komentarze (4) · fotografie (0)
Weselę się.
poniedziałek, 29 czerwca 2009 roku
