
fotografie (0)
poniedziałek, 30 czerwca 2008 roku
komentarze (9) · fotografie (0)
A raczej z czerwcowego...
Ok, więc tak. Po ogródku łażą kury. Bo lans we wsi bez czegoś żywego na ogródku jest wątpliwy. Przy tych zakręconych kurach przechadzają się 3 koty – wszystkie 3 Oliwery, które rozmnażają się jak króliki, na dodatek dość głośno. No i mój JJ (czytać: Dżej-Dżej), czyli Jebnięty Jamnik, jako pies pasterski dla całego dobytku.
Kury fruwajki. Nasze kury latają. Widocznie szanowna ich mama-kura musiała spichnąć się na jakimś randewu z orłem. Fascynujące jest to, że zawsze znajdą sobie jakieś szparsko, przez które da się przefrunąć do celu – czyli ogródka, który mama pielęgnuję, pieści, plewi, kocha i uwielbia. Już sałatę nam załatwiły. Padre postanowił więc kupić wyższą siatkę. Otoczył cały ich wybieg, męcząc się przy tym cały dzień i opalając łysinę na kolor mojego wymarzonego mustanga. Nic nie pomogło. Przelatywały dalej, tym razem żeby dobrać się do dosłownie 3 krzaczków truskawek, które jeszcze są na dodatek niedojrzałe. No więc Gazda z Gaździną postanowili, że ot co – machną jakieś dodatkowe podwyższenie. Płot już przypomina ogrodzenie w Guantanamo. I ostatnio wyszło na jaw jak to się dzieje, że one pokonują każdy płot? No i wyszło szydło z worka. Wchodzą sobie na schody, tam jest mini rozbieg i fruuuuu do przodu. Dziś dołożyli dodatkowe dziadostwo, które niby ma ich powstrzymać. A ja coś czuję, że rano będzie standardowe „Te piiiip, piiiiiiiiiiip kury i tak przeleciały i wdziobały się w kapustę/ogórki/cebulę/marchewki/maliny”.
Tak, napisałam o kurach.
Mamy w domu kuro-latacze. I pewnie myślą, że trenujemy je na jakąś olimpiadę, codziennie podwyższając im poprzeczkę. Skok przez płot. Sfruwają ze wszystkiego, z czego się da. Są niemożliwe.
Kury ostatnio sprawiają, że jest śmiesznie.
Że jest uśmiech...
Ok, więc tak. Po ogródku łażą kury. Bo lans we wsi bez czegoś żywego na ogródku jest wątpliwy. Przy tych zakręconych kurach przechadzają się 3 koty – wszystkie 3 Oliwery, które rozmnażają się jak króliki, na dodatek dość głośno. No i mój JJ (czytać: Dżej-Dżej), czyli Jebnięty Jamnik, jako pies pasterski dla całego dobytku.
Kury fruwajki. Nasze kury latają. Widocznie szanowna ich mama-kura musiała spichnąć się na jakimś randewu z orłem. Fascynujące jest to, że zawsze znajdą sobie jakieś szparsko, przez które da się przefrunąć do celu – czyli ogródka, który mama pielęgnuję, pieści, plewi, kocha i uwielbia. Już sałatę nam załatwiły. Padre postanowił więc kupić wyższą siatkę. Otoczył cały ich wybieg, męcząc się przy tym cały dzień i opalając łysinę na kolor mojego wymarzonego mustanga. Nic nie pomogło. Przelatywały dalej, tym razem żeby dobrać się do dosłownie 3 krzaczków truskawek, które jeszcze są na dodatek niedojrzałe. No więc Gazda z Gaździną postanowili, że ot co – machną jakieś dodatkowe podwyższenie. Płot już przypomina ogrodzenie w Guantanamo. I ostatnio wyszło na jaw jak to się dzieje, że one pokonują każdy płot? No i wyszło szydło z worka. Wchodzą sobie na schody, tam jest mini rozbieg i fruuuuu do przodu. Dziś dołożyli dodatkowe dziadostwo, które niby ma ich powstrzymać. A ja coś czuję, że rano będzie standardowe „Te piiiip, piiiiiiiiiiip kury i tak przeleciały i wdziobały się w kapustę/ogórki/cebulę/marchewki/maliny”.
Tak, napisałam o kurach.
Mamy w domu kuro-latacze. I pewnie myślą, że trenujemy je na jakąś olimpiadę, codziennie podwyższając im poprzeczkę. Skok przez płot. Sfruwają ze wszystkiego, z czego się da. Są niemożliwe.
Kury ostatnio sprawiają, że jest śmiesznie.
Że jest uśmiech...
niedziela, 29 czerwca 2008 roku
