Paulina, '86 rocznik...
Takie sobie studenckie pisiu-pisiu.
Rock on!
Flickr | last.fm | Twitter | nasza-klasa.pl | You Tube | Facebook
komentarze (0) · fotografie (0)
Od 4 rano spanie.
Do 15 w łóżku, z ‘Amelią’ i śniadaniem.
Potem szybki zryw i kierunek Bielsko. Najpierw buty. Jechałam po szpileczki, wróciłam z trampko-adaśkami. Potem kino, ‘Alicja...’ zachwycająca. Bo to była pierwsza książka, którą przeczytałam i którą uwielbiam od zawsze. A na koniec sklep z butami i prawie zabuczałam, bo znalazłam TE szpileczki, ale w jakimś dziecinnym rozmiarze. Bluzeczka z ćwiekami na pocieszenie.
Wino i wódzia kokosowa. Soczek. Sprajt.
Dobrej nocy Wam. Ja będę mieć na pewno.
Do 15 w łóżku, z ‘Amelią’ i śniadaniem.
Potem szybki zryw i kierunek Bielsko. Najpierw buty. Jechałam po szpileczki, wróciłam z trampko-adaśkami. Potem kino, ‘Alicja...’ zachwycająca. Bo to była pierwsza książka, którą przeczytałam i którą uwielbiam od zawsze. A na koniec sklep z butami i prawie zabuczałam, bo znalazłam TE szpileczki, ale w jakimś dziecinnym rozmiarze. Bluzeczka z ćwiekami na pocieszenie.
Wino i wódzia kokosowa. Soczek. Sprajt.
Dobrej nocy Wam. Ja będę mieć na pewno.
sobota, 13 marca 2010 roku
komentarze (0) · fotografie (0)
Bo to jest tak, że skoro oni mają rano czas na kawkę i luzowanie, na zbieranie sił przed całym dniem, to ja też chcę. A że nie mam ochoty na picie kaw, co więcej, kawa dla mnie śmierdzi, więc trzeba znaleźć coś, co się lubi, na co się ma zawsze ochotę, coś co jest związane z łóżkiem, bo na łóżku wychodzi to najlepiej. Co? SPANIE. Pół godzinki dla mnie.
Tylko, że potem się okazało, że te pół godziny będą kluczowe.
Sporo załatwiania w cywilizacji. Zakupy, apteka, fotograf, księgarnia. Do tego zaproponowała dziś Mamie dzień dla niej, z fryzjerką i kosmetyczką. A ja jeździłam po mieście, szukając dziury na zaparkowanie. Wylądowałam pod kościołem. u fotografa nie wytrzymałam, bo DO KURWY NĘDZY ileż może trwać wywołanie zdjęć z kliszy!? Nie ukrywając oburzenia oraz tego, że po raz piąty muszę jechać je odebrać, a ich ciągle nie ma, wyszłam wściekając się jeszcze bardziej.
Potem w aptece za 3 rzeczy zapłaciłam 70 zł. I babeczka, starszawa dość, sprzedała mi krople do nosa DO DZIECI!!! A najlepsze jest to, że zapytała mnie, czy dla dorosłego, a ja głośno i wyraźnie odpowiedziałam, że tak. Więc teraz mam - słabsze krople, z zakraplaczem, którym sama zakroplić mojego przewlekle zakatarzonego nosa nie umiem. 3 krople, a ja pełne naciągnięcie przypadkiem wlałam.
Mama za to zachwycona po takim wylaszczeniu.
Od 14 zostałam sama z 10 książkami do mgr. Przeczytałam je, a raczej przeleciałam. Chociaż po prawdzie, to one przeleciały mnie, wysysając całą energię i oczy. Pozaznaczałam ciekawsze fragmenty, które od niedzieli będę przekładać na kolejne strony mojej pracy. Jeszcze jeden rozdział. Potem małe dopieszczenie i dopisanie kilku kwestii. Jeszcze jeden rozdział...
Ale nie dziś. Już ani minuty dłużej w pozycji siedzącej. Rozłożona na łóżku.
Uzależniona. My cocaine.
Tylko, że potem się okazało, że te pół godziny będą kluczowe.
Sporo załatwiania w cywilizacji. Zakupy, apteka, fotograf, księgarnia. Do tego zaproponowała dziś Mamie dzień dla niej, z fryzjerką i kosmetyczką. A ja jeździłam po mieście, szukając dziury na zaparkowanie. Wylądowałam pod kościołem. u fotografa nie wytrzymałam, bo DO KURWY NĘDZY ileż może trwać wywołanie zdjęć z kliszy!? Nie ukrywając oburzenia oraz tego, że po raz piąty muszę jechać je odebrać, a ich ciągle nie ma, wyszłam wściekając się jeszcze bardziej.
Potem w aptece za 3 rzeczy zapłaciłam 70 zł. I babeczka, starszawa dość, sprzedała mi krople do nosa DO DZIECI!!! A najlepsze jest to, że zapytała mnie, czy dla dorosłego, a ja głośno i wyraźnie odpowiedziałam, że tak. Więc teraz mam - słabsze krople, z zakraplaczem, którym sama zakroplić mojego przewlekle zakatarzonego nosa nie umiem. 3 krople, a ja pełne naciągnięcie przypadkiem wlałam.
Mama za to zachwycona po takim wylaszczeniu.
Od 14 zostałam sama z 10 książkami do mgr. Przeczytałam je, a raczej przeleciałam. Chociaż po prawdzie, to one przeleciały mnie, wysysając całą energię i oczy. Pozaznaczałam ciekawsze fragmenty, które od niedzieli będę przekładać na kolejne strony mojej pracy. Jeszcze jeden rozdział. Potem małe dopieszczenie i dopisanie kilku kwestii. Jeszcze jeden rozdział...
Ale nie dziś. Już ani minuty dłużej w pozycji siedzącej. Rozłożona na łóżku.
Uzależniona. My cocaine.
piątek, 12 marca 2010 roku
komentarze (0) · fotografie (0)
Wstałam. Położyłam się. Wstałam. Zrobiłam śniadanie. Zjadłam śniadanie. Stwierdziłam, że czas pościelić łóżko. Położyłam się na nim, symulując jego pościelenie. Wstałam, bo jamnik, leżący obok mnie ziewnął, a to dość smrodlawa i wątpliwa przyjemność. Pościeliłam łóżko. Usiadłam na nim z książką do mgrki. Mama przerwała mi czytanie zaledwie 180155 razy, ale na szczęście dość szybko zapakowali się do nissana i pojechali po panele. Kiedy jednak po 30 minutach zadzwonili, żeby zapytać gdzie jest ten sklep, do którego jadą, to kurwica mnie trafiła. Potem zadzwoniła zaledwie raz, za to z pracy zrobili sobie hot line do mnie. Zabrałam się za obiad. Makaron z mięsem i sosem to zdecydowanie smaczne i szybkie danie, szkoda tylko, że zawsze, ale to zawsze ja jestem ubrudzona. Dresik od sosu, podłoga z mięsem, w kranie nitki makaronu, który źle się odcedził. Ale było deliszes.
Na luziku zaczęłam zbierać się do pracy. Kalendarz i portfel. Notatnik. Długopis. Kosmetyczka, okulary, kluczyki. W butelce woda. Komórki. Jest ołrajt. I znowu zadzwonił telefon. Mama. Hej, będziemy za 15 minut, zrób obiad, bo nie zdążę. I udało mi się. Tyle, że z domu wyjechałam o 10 minut za późno. A po drodze miałam jeszcze zaliczyć sklep po ciaciuchy na konkurs. Wypas. Sklep, w którym szczytem cywilizacji jest posiadanie kalkulatora. Kalkulator ofkors na słońce, a tam ciemno. Ciemnota, słowo klucz.
10 minut spóźnienia.
Wkurwiona. Bo jak inaczej. Jeszcze wszyscy ode mnie coś chcieli w tym samym momencie. Osiągam szczyt kurwicy i żeby nie wyżyć się na nich, poszłam za tablicę i uspokoiłam się układając gry.
Potem już było ok. Ciąg dalszy robienia kwiatków z filcu. Tym razem, z moją kochaną Jolunią wycinałyśmy, a mała stwierdziła, że mam je zabrać do domu i powiesić u siebie. A potem mam jej wysłać zdjęcie, że tak zrobiłam. Sznur wisi na karniszu.
Dzieciarnia dość szybko się zebrała do domów. Starsza dzieciarnia w książkach, ucząc się na sprawdziany i inne dziadostwa szkolne. I miałam przez jakąś godzinę spokój. Najwyższy czas uzupełnić papierki, wypełnić karty i dziennik. Posprzątać w dokumentacji. Potem przygotowałam zagadkę na kolejny tydzień. Normalnie, z braku czasu robię to po pracy.
Potem przyszła młodzież męska, wyraźnie pobudzona zbliżającym się weekendem i mam nadzieje - tylko tym. ADHD na maksa.
Na koniec pytanie: Pani Paulo, mam prośbę. Zawiezie mnie pani do domu? No zawiozę. A zatrzymamy się pod sklepem, bo muszę butlę zabrać, a ona ciężka. Butlę? Ekhmmm... No. Z gazem.
I miałam przed oczami wybuchającą korsę.
Szczególnie, że pod sklepem, auto zimne, kierowniczka ciulato, śniegu sporo, więc zdechło, a butla delikatnie, ale zawsze, zderzyła się z wnętrzem samochodu.
Dojechaliśmy cało i zdrowo, ze szczególnym naciskiem na cało.
Weekend. Jutro wolne, bo mam pisać. Póki co czytam, żeby mieć skąd pisać. Książka za książką, strona za stroną. Pedagogiczny bullshit.
Na luziku zaczęłam zbierać się do pracy. Kalendarz i portfel. Notatnik. Długopis. Kosmetyczka, okulary, kluczyki. W butelce woda. Komórki. Jest ołrajt. I znowu zadzwonił telefon. Mama. Hej, będziemy za 15 minut, zrób obiad, bo nie zdążę. I udało mi się. Tyle, że z domu wyjechałam o 10 minut za późno. A po drodze miałam jeszcze zaliczyć sklep po ciaciuchy na konkurs. Wypas. Sklep, w którym szczytem cywilizacji jest posiadanie kalkulatora. Kalkulator ofkors na słońce, a tam ciemno. Ciemnota, słowo klucz.
10 minut spóźnienia.
Wkurwiona. Bo jak inaczej. Jeszcze wszyscy ode mnie coś chcieli w tym samym momencie. Osiągam szczyt kurwicy i żeby nie wyżyć się na nich, poszłam za tablicę i uspokoiłam się układając gry.
Potem już było ok. Ciąg dalszy robienia kwiatków z filcu. Tym razem, z moją kochaną Jolunią wycinałyśmy, a mała stwierdziła, że mam je zabrać do domu i powiesić u siebie. A potem mam jej wysłać zdjęcie, że tak zrobiłam. Sznur wisi na karniszu.
Dzieciarnia dość szybko się zebrała do domów. Starsza dzieciarnia w książkach, ucząc się na sprawdziany i inne dziadostwa szkolne. I miałam przez jakąś godzinę spokój. Najwyższy czas uzupełnić papierki, wypełnić karty i dziennik. Posprzątać w dokumentacji. Potem przygotowałam zagadkę na kolejny tydzień. Normalnie, z braku czasu robię to po pracy.
Potem przyszła młodzież męska, wyraźnie pobudzona zbliżającym się weekendem i mam nadzieje - tylko tym. ADHD na maksa.
Na koniec pytanie: Pani Paulo, mam prośbę. Zawiezie mnie pani do domu? No zawiozę. A zatrzymamy się pod sklepem, bo muszę butlę zabrać, a ona ciężka. Butlę? Ekhmmm... No. Z gazem.
I miałam przed oczami wybuchającą korsę.
Szczególnie, że pod sklepem, auto zimne, kierowniczka ciulato, śniegu sporo, więc zdechło, a butla delikatnie, ale zawsze, zderzyła się z wnętrzem samochodu.
Dojechaliśmy cało i zdrowo, ze szczególnym naciskiem na cało.
Weekend. Jutro wolne, bo mam pisać. Póki co czytam, żeby mieć skąd pisać. Książka za książką, strona za stroną. Pedagogiczny bullshit.
czwartek, 11 marca 2010 roku
komentarze (1) · fotografie (0)
Kiedy dostanę okres? Najpierw się na niego czeka z nieopisaną ciekawością, żeby wreszcie dostać, potem się czeka z nieopisaną paniką, żeby wreszcie dostać...
Kiedy zaczną mi rosnąć piersi? Wtedy, kiedy zdasz sobie sprawę z tego ile nimi można załatwić...
Czemu wyskakują mi pryszcze? Żeby poznać moment, kiedy potencjalnie zacząłeś się masturbować i kiedy zaznasz stosunku. Heteroseksualnego, w domyśle...
Czemu chłopcy są tacy głupi? Bo mają penisy...
Czemu dziewczyny wszędzie chodzą razem? Bo każda kobieta ma bi-ciągoty
Czemu nie ma jednej religii, tylko tak dużo? Żeby narobić problemów.
Czemu ludzie biorą ślub i mają dzieci? Bo nie używają antykoncepcji.
Czemu ludzie rozwodzą się? Bo mają teściowe.
Czemu mama czasami krzyczy w nocy? Bo śnią się jej koszmary. Że ma kolejne dziecko.
Jak powiedzieć rodzicom, żeby zachowywali się ciszej w nocy? Wejść w trakcie i powiedzieć, żeby zachowywali się ciszej i że w ich wieku seks grozi wypadnięciem biodra, szczęki i atakiem serca. Z moimi podziałało.
Jak poprosić dziewczynę/chłopaka o chodzenie? Bzykamy się od razu, czy trzeba z tobą chodzić?
Jak zerwać z chłopakiem/dziewczyną? SPIERDALAJ!
Jak to naprawdę jest, jak się kocha? Można leżeć, można stać, można na boku, na górze...
Jak zmienić hasło na nk? O, tu: http://nasza-klasa.pl/profile/remove
Jak założyć bloga na onecie? Oddal się duszo nieczysta!
Jak wynegocjować wyższe kieszonkowe? Mamo, tato, uprawiam sex, potrzebuję więcej kasy na gumki, bo inaczej zajdę w ciążę/zaleję laskę.
I tak od 9 miesięcy.
Ale ta satysfakcja, kiedy mi mówią ‘Pani jest najlepsza!’ jest niesamowita.
I uprzedzając - nie odpowiadam im tak. To zwykły kawał jest, darujcie, to już ballady kres... Myślę tak, ale nie przechodzą te myśli przez paszczę. Siedzą w środku, bo tak ma być. Mówię prawdę, owijając ją w dziecinną bawełną, ale są usatysfakcjonowani odpowiedziami.
A na studiach, w dalszym stopniu: zmarnowałyście najbardziej płodne lata na naukę, macie siedzieć w domu, rodzić dzieci i usługiwać mężowi, jest tylko jedna najlepsza wiara, a małżeństwo to coś, co jest najlepsze na świecie. I nie, nie pracujcie, dajcie się utrzymywać mężowi. Rodźcie mu dzieci. Zróbcie ze swoich wedżajn naleśniki!
Kiedy zaczną mi rosnąć piersi? Wtedy, kiedy zdasz sobie sprawę z tego ile nimi można załatwić...
Czemu wyskakują mi pryszcze? Żeby poznać moment, kiedy potencjalnie zacząłeś się masturbować i kiedy zaznasz stosunku. Heteroseksualnego, w domyśle...
Czemu chłopcy są tacy głupi? Bo mają penisy...
Czemu dziewczyny wszędzie chodzą razem? Bo każda kobieta ma bi-ciągoty
Czemu nie ma jednej religii, tylko tak dużo? Żeby narobić problemów.
Czemu ludzie biorą ślub i mają dzieci? Bo nie używają antykoncepcji.
Czemu ludzie rozwodzą się? Bo mają teściowe.
Czemu mama czasami krzyczy w nocy? Bo śnią się jej koszmary. Że ma kolejne dziecko.
Jak powiedzieć rodzicom, żeby zachowywali się ciszej w nocy? Wejść w trakcie i powiedzieć, żeby zachowywali się ciszej i że w ich wieku seks grozi wypadnięciem biodra, szczęki i atakiem serca. Z moimi podziałało.
Jak poprosić dziewczynę/chłopaka o chodzenie? Bzykamy się od razu, czy trzeba z tobą chodzić?
Jak zerwać z chłopakiem/dziewczyną? SPIERDALAJ!
Jak to naprawdę jest, jak się kocha? Można leżeć, można stać, można na boku, na górze...
Jak zmienić hasło na nk? O, tu: http://nasza-klasa.pl/profile/remove
Jak założyć bloga na onecie? Oddal się duszo nieczysta!
Jak wynegocjować wyższe kieszonkowe? Mamo, tato, uprawiam sex, potrzebuję więcej kasy na gumki, bo inaczej zajdę w ciążę/zaleję laskę.
I tak od 9 miesięcy.
Ale ta satysfakcja, kiedy mi mówią ‘Pani jest najlepsza!’ jest niesamowita.
I uprzedzając - nie odpowiadam im tak. To zwykły kawał jest, darujcie, to już ballady kres... Myślę tak, ale nie przechodzą te myśli przez paszczę. Siedzą w środku, bo tak ma być. Mówię prawdę, owijając ją w dziecinną bawełną, ale są usatysfakcjonowani odpowiedziami.
A na studiach, w dalszym stopniu: zmarnowałyście najbardziej płodne lata na naukę, macie siedzieć w domu, rodzić dzieci i usługiwać mężowi, jest tylko jedna najlepsza wiara, a małżeństwo to coś, co jest najlepsze na świecie. I nie, nie pracujcie, dajcie się utrzymywać mężowi. Rodźcie mu dzieci. Zróbcie ze swoich wedżajn naleśniki!
środa, 10 marca 2010 roku
komentarze (0) · fotografie (0)
Załatwianie, bieganina, czekanie, wkurwianie, a na deser euforia, z jednoczesnym powątpiewaniem we własne siły. Uda mi się? Dodam kolejną okazję do świętowania w maju?
Misja nr 1: podbić legitymację, odebrać indeks, nie zabić pań w dziwkanacie. Ochrona danych osobowych, rozumiecie. Muszę sama się pofatygować po te dokumenty. I to tak nagle, bo w zeszłym roku jakoś można było. A ja tym sposobem musiałam prędzej jechać na uczelnię. Bo wiecie, dziwkanat jest czynny do 14, co oznacza, że o 13:30 już jest zamknięty. Przyjechałam o 13:10. Gdyby był zamknięty, to podkładam ogień pod ten burdel.
Ale udało się. Załatwiłam. Niesamowita radość, że to ostatnia pieczątka. A w domu okazało się, że zgubiły mi karteczkę potwierdzającą uregulowanie praktyk, bo też jakaś średnio bystra kobita wymyśliła taki sposób. No i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie mam pieczątki pt. ‘Zaliczam semestr 9’. Czyli jutro telefoniada na uczelnię. A jak się okaże, że muszę to załatwiać, to podłożę ogień. A potem trafi mnie szlag.
Misja nr 2: rewersy i książki. Nie ogarniam tych szufladek. Jestem poważnie, za głupia. Coś tam wybrałam, ale wszelkie nadzieje, że temat będzie bardziej dostępny niż teatr poszły się paść. Też pustki. I też będę musiała zakopać się w czytelni i przy czasopismach. Na całe szczęście na 10 rewersów przypadło mi 10 książek. I kłótnia pań z biblioteki między sobą.
Wrzuciłam książki do korsiaka. I na zajęcia.
Misja nr 3: nie dopuścić do szlagotrafienia. Z Werką echałyśmy nad zadanym przez panią doktor zadaniem, ale umęczyłyśmy.
A potem powiedziałam głośno i wyraźnie NIE.
Misja nr 4: nalot na promotorkę. Czas oczekiwania: 2 godziny. Tyle było w planie. Moja intuicja, zwykle zawodząca, tym razem się spisała. W środku coś mi mówiło ‘Zostań, może pojawi się prędzej, może nie będziesz musiała czekać 2 godziny’, więc usiadłam na ławeczce z książką, bynajmniej nie pedagogiczną i zatopiłam się w lekturze. Po 30 minutach usłyszałam, że ktoś nadchodzi. Cały czas zaklinałam ‘żeby to była onaaa!!!’ i pah - jest! Miałam ochotę ją uściskać. Akurat miała 30 minutowe okienko. Jezu, jak się cieszę! Zaskoczyła mnie pierwszym zdaniem wypowiedzianym do mnie. ‘Pani Paulino, a może obrona końcem maja?’ TO MOŻLIWE?! Cóż. Tak. O Boże! I fala pytań: czy dam radę? Czy zdążę? Czy znajdę czas? Ale wstępnie startuję. Koniec maja. Kolejna okazja do świętowania w tym miesiącu. Urodziny spędzone jako mgr? TAK! Mam nadzieję, że zmobilizuje mnie to do pisania. Musi. I przedstawienie na Dzień dziecka. Poważnie, czuję jak obkurcza mi się doba, boleśnie. A ja tak bardzo lubię spać!
Ucieszyła się, że nie musi mi rozdziału sprawdzać na przyszły tydzień. Obie walczymy z remontami. I standardowo, więcej gadki o życiu i pierdołach niż o pracy. Nie stresować magistrantki, główna zasada. Poza tym, pani doktor uwaliła się jogurtem, co nas rozwaliło na atomy.
Nie wiem jak dojechałam do domu. Wiem, że w 20 minut. Mamę szlag trafia, mi się zrobił wir w baku i znowu musiałam zostawić jakiegoś króla Polski na Orlenie. Całą drogę myślałam o tym, czy uda się. Na szczęście, ruch był mały, znikomy wręcz. Nie powinnam tak robić, wiem. Kajam się.
U Mamy dzieciaki z zachwytem przeglądały mój indeks. Wyrównany pojedynek w tysiaka. I Mama siedząca w tyle, w korsiaku, bo z przodu były książki, dużo książek.
Misja nr 5: sprzątanie pokoju. Spychacz by się przydał. Albo wieki kontener przed domem. Do przemyślenia w czasie przeprowadzania przeprowadzki. Kurzo-kocury.
Na koniec dnia, zupełnie jak w piosence Feela - szklanka z pomarańczą.
Misja nr 1: podbić legitymację, odebrać indeks, nie zabić pań w dziwkanacie. Ochrona danych osobowych, rozumiecie. Muszę sama się pofatygować po te dokumenty. I to tak nagle, bo w zeszłym roku jakoś można było. A ja tym sposobem musiałam prędzej jechać na uczelnię. Bo wiecie, dziwkanat jest czynny do 14, co oznacza, że o 13:30 już jest zamknięty. Przyjechałam o 13:10. Gdyby był zamknięty, to podkładam ogień pod ten burdel.
Ale udało się. Załatwiłam. Niesamowita radość, że to ostatnia pieczątka. A w domu okazało się, że zgubiły mi karteczkę potwierdzającą uregulowanie praktyk, bo też jakaś średnio bystra kobita wymyśliła taki sposób. No i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie mam pieczątki pt. ‘Zaliczam semestr 9’. Czyli jutro telefoniada na uczelnię. A jak się okaże, że muszę to załatwiać, to podłożę ogień. A potem trafi mnie szlag.
Misja nr 2: rewersy i książki. Nie ogarniam tych szufladek. Jestem poważnie, za głupia. Coś tam wybrałam, ale wszelkie nadzieje, że temat będzie bardziej dostępny niż teatr poszły się paść. Też pustki. I też będę musiała zakopać się w czytelni i przy czasopismach. Na całe szczęście na 10 rewersów przypadło mi 10 książek. I kłótnia pań z biblioteki między sobą.
Wrzuciłam książki do korsiaka. I na zajęcia.
Misja nr 3: nie dopuścić do szlagotrafienia. Z Werką echałyśmy nad zadanym przez panią doktor zadaniem, ale umęczyłyśmy.
A potem powiedziałam głośno i wyraźnie NIE.
Misja nr 4: nalot na promotorkę. Czas oczekiwania: 2 godziny. Tyle było w planie. Moja intuicja, zwykle zawodząca, tym razem się spisała. W środku coś mi mówiło ‘Zostań, może pojawi się prędzej, może nie będziesz musiała czekać 2 godziny’, więc usiadłam na ławeczce z książką, bynajmniej nie pedagogiczną i zatopiłam się w lekturze. Po 30 minutach usłyszałam, że ktoś nadchodzi. Cały czas zaklinałam ‘żeby to była onaaa!!!’ i pah - jest! Miałam ochotę ją uściskać. Akurat miała 30 minutowe okienko. Jezu, jak się cieszę! Zaskoczyła mnie pierwszym zdaniem wypowiedzianym do mnie. ‘Pani Paulino, a może obrona końcem maja?’ TO MOŻLIWE?! Cóż. Tak. O Boże! I fala pytań: czy dam radę? Czy zdążę? Czy znajdę czas? Ale wstępnie startuję. Koniec maja. Kolejna okazja do świętowania w tym miesiącu. Urodziny spędzone jako mgr? TAK! Mam nadzieję, że zmobilizuje mnie to do pisania. Musi. I przedstawienie na Dzień dziecka. Poważnie, czuję jak obkurcza mi się doba, boleśnie. A ja tak bardzo lubię spać!
Ucieszyła się, że nie musi mi rozdziału sprawdzać na przyszły tydzień. Obie walczymy z remontami. I standardowo, więcej gadki o życiu i pierdołach niż o pracy. Nie stresować magistrantki, główna zasada. Poza tym, pani doktor uwaliła się jogurtem, co nas rozwaliło na atomy.
Nie wiem jak dojechałam do domu. Wiem, że w 20 minut. Mamę szlag trafia, mi się zrobił wir w baku i znowu musiałam zostawić jakiegoś króla Polski na Orlenie. Całą drogę myślałam o tym, czy uda się. Na szczęście, ruch był mały, znikomy wręcz. Nie powinnam tak robić, wiem. Kajam się.
U Mamy dzieciaki z zachwytem przeglądały mój indeks. Wyrównany pojedynek w tysiaka. I Mama siedząca w tyle, w korsiaku, bo z przodu były książki, dużo książek.
Misja nr 5: sprzątanie pokoju. Spychacz by się przydał. Albo wieki kontener przed domem. Do przemyślenia w czasie przeprowadzania przeprowadzki. Kurzo-kocury.
Na koniec dnia, zupełnie jak w piosence Feela - szklanka z pomarańczą.
poniedziałek, 8 marca 2010 roku
